|
|
środa, 13 lipca 2005
Kurewska hipokryzja...
To znowu ja. Duzo sie ostatnio dzieje, a jednoczesnie nudno jak cholera. Moze dlatego pojawiaja sie wszystkie te problemy, stresy, napiecia... Jak nie ma gosci, nie ma kasy - za to jest stres. Dzis troche o hipokryzji, nieduzo, bo jakos tak nie mam weny tworczej. Ostatnio na nic nie mam ochoty. Bardzo potrzebny mi urlop, ale tymczasem nie ma na to szans... Pracuja u nas dwie Litwinki (na szczescie w tej chwili na urlopie, ale za tydzien beda znowu :-(((). Otoz te Litwinki higiena przejmuja sie az do przesady, nawet jak siadaja na krzesle, to pod dupe podkladaja recznik, zeby sie jakims syfem nie zarazic... Poniekad jest to zachowanie sluszne i ze wszechmiar uzasadnione, bowiem nasz zawod nalezy do grupy wysokiego ryzyka, szczegolnie pod wzgledem zachorowan na choroby weneryczne (w tym takze HIV). Tylko jakos tak nikt nie chce nam placic dodatku za prace w szkodliwych warunkach... Wracam jednak do naszych, przesadnie dbajacych o eliminacje ryzyka, Litwinek. Dziewczyny na pierwszy rzut oka sympatyczne, mile i ogolnie bardzo zyczliwe. Ale... Juz od jakiegos czasu po budzie chodzily pogloski, ze robia wszystko bez gumy... Plotki - plotkami, zawsze o kims sie gada. Ale jezeli dziesiaty z kolei klient mowi ze ta i ta robi bez gumy, i pyta dlaczego ja tego nie chce robic, to w tych pogloskach tkwi ziarno prawdy. Ja jednak jestem jak niewierny Tomasz - dopoki nie zobacze dowodu, nie uwierze do konca. Zobaczylam. A to co zobaczylam przeroslo moje najsmielsze wyobrazenia. Jedna z rzeczonych Litwinek, pewnego wieczoru, podczas malej imprezki, zaczela sie bzykac z klientem na barze. Bez gumy... Nie wiem czy jej zaplacil, nie moja to rzecz. I nie moje zdrowie, nie moje ryzyko. Jednak kiedy zbulwersowany gosc wychodzi z mojego pokoju, bo francuski bez gumy normalnie kosztuje 20 € ekstra, a on wczesniej przeciez mial total bez gumy za ta cene, to przestaje to byc problem zdrowia Litwinki. Staje sie problemem calego burdelu - ja nie mam kasy (za zadne pieniadze nie bede sie ruchac z klientami bez gumy), tym samym burdel nie ma kasy. A gosc prawdopodobnie nie wroci... Bo w kazdym clubie znajdzie sie choc jedna taka "litwinka"... Tym sposobem za pare lat ciezko bedzie zarobic na majtki...
wtorek, 21 czerwca 2005
Zdycham...
Opowiesci ciag dalszy... Mam dzis porzadnego kaca, wczoraj spilysmy sie z dziewczynami jak swinie, tanczylysmy do dziewiatej rano. Dobrze ze jest tu tak goraco, to klientow strasznie malo, wiec moglam spokojnie sie wyspac. Ale i tak nie czuje sie najlepiej. Jutro wyjezdzam, pewnie bede miala utrudniony dostep do netu, wiec moje notki pojawialy sie beda rzadziej. Dzis tez nic ciekawego nie napisze. Umieram bowiem...
środa, 15 czerwca 2005
Tesknoty moje nieokreslone blizej
Bardzo tesknie, tylko nie wiem za czym... Tak naprawde nie mam nawet domu. Moja siostra na dlugich wczasach, sponsorowanych przez skarb panstwa, gniecie sie razem z trzema innymi wczasowiczkami w celi, ktorej wymiarow nawet nie znam. Bog jeden wie kiedy ja zobacze... Nie mam nawet psa. Przed wyjazdem musialam oddac moja kochana psinke. Niezwykly byl to pies, uwielbial sluchac spiewu ptakow o swicie. Czesto siadywalismy sobie latem o nieprzyzwoicie wczesnej (albo poznej, jak kto woli) porze na schodach przed domem i wsluchiwalismy sie w to obledne swiergotanie. Tak zabawnie przekrzywial wtedy lepek... Wiem ze trafil w dobre rece, ale ostatnio bardzo czesto zastanawiam sie czy ma z kim siadywac o piatej rano na schodach... W Polsce tak naprawde czeka na mnie jedna osoba (oprocz mojej siostry, ale ona czeka na mnie juz prawie rok). To moja matka, moj dobry Aniol, przyjaciel, siostra i kochanka (platoniczna zaznaczam!!!) w jednym. Rudzielec moj kochany.Wiem, ze za mna teskni, mysli i martwi sie, czy mnie przypadkiem zeby nie rozbolaly. Dobrze jest miec kogos takiego. Bardzo dobrze, bo wiem, ze mam do kogo wracac. A jak pojade w koncu na ten moj malenki urlop, to wtedy zrobimy bal. Na taki melanzyk nasze prowincjonalne miasteczko przygotowane nie jest. Ale jakos przetrwa ta masakre... Musi. Gorzej niz podczas drugiej wojny swiatowej chyba nie bedzie...
wtorek, 14 czerwca 2005
Nigdy nic nie wiadomo...
Jestem dzis wsciekla jak osa. Wczoraj byl zajebisty dzien, klienci walili jak do miodu, a dzis przywlokl sie tylko jeden. Bo to i prawda, ze nigdy nic nie wiadomo. Za trzy tygodnie chce jechac do Polski, ale jak tak dalej pojdzie, to pojade z niczym, a z niczym jechac nie moge. Podly mam dzis humor, nawet wodka od rana nie pomogla, a zwykle dziala jak balsam na moje skolatane nerwy. Chyba juz to mowilam, ale powtorze jeszcze raz, pewnie nie ostatni, ze ta praca cholernie stresujaca jest. Duzo stresu robia same dziewczyny, ktore zanizaja ceny, robiac na przyklad program za 80€, a kasuja od klienta tylko 60€, a goscie sie szybko przyzwyczajaja do niskich cen. Ale nie tylko o to chodzi. Sprobujcie pomieszkac z dziwkami przez tydzien, a bedziecie wiedzieli o czym mowie. Stresujacy tez bywaja klienci, trzeba miec oczy naokolo glowy, bo potrafia na przyklad sciagnac prezerwatywe podczas stosunku. Ale i tak lubie moja prace. Pojechalam do mojego pierwszego klubu do Frankfurtu. Duzy klub, pracowalo tam ok. szescdziesiat dziewczyn, ale i klienci dopisywali. Jezeli ktos ma ochote obejrzec sobie stronke tego klubu, to podaje adres: www.fkk-world.de. Jednak praca tam wyglada zupelnie inaczej niz kolorowa strona www. Ja pojechalam tam zupelnie zielona, wiec sie zbyt nie dziwilam. Kilka rzeczy jednak wydalo mi sie niepokojcymi, nie na tyle jednakowoz, zeby zadawac pytania. Po prostu tymczasem postanowilam obserwowac sytuacje. A sytuacja nie przedstawiala sie rozowo. Wlasciwie nie przedstawiala sie wogole. Praca w fkk jest dosc nietypowa, ze sie tak wyraze. Otoz jak juz wczesniej powiedzialam (mam dzis niesamowita sklonnosc do powtorzen, co nie?) mamy ok. szescdziesiat, moze nawet osiemdziesiat dziewczyn, w wieku do dwudziestu szesciu lat, przeroznych narodowosci (nawet Tajki), i wszystkie nagie (pierwszy niepokojacy sygnal), no i oczywiscie sa takze klienci. Tez roznych narodowosci. Zastanawiajacy wydal mi sie fakt, ze pracowalo tam bardzo malo Polek, chyba piec, moze szesc. System pracy takze niecodzienny, bo to nie klient przychodzil do dziewczyny, a dziewczyny urzadzaly swoiste "polowanie" na klienta. Totalne kurestwo. Nie prostytucja, a kurestwo. Tu pojawi sie drugie ostrzezenie dla dziewczyn: omijajcie fkk szerokim lukiem, a jak juz tam traficie to uciekajcie gdzie pieprz rosnie. Ja do dzis mam ciarki, kiedy slysze slowo "Frankfurt". To dosc ponizajace, takie bieganie za klientem. Wszystko to wydalo mi sie troche podejrzane, ale tylko troche. Naprawde zaniepokoil mnie pierwszy przyjazd mojego "opiekuna". Zakomunikowal mi wtedy, ze mam mu odpalac dzialke, owe slynne 150€ dziennie. Wtedy po raz pierwszy w Niemczech mozna bylo zobaczyc w moich oczach panike. Bowiem oprocz owych 150€, musialam miec codziennie stowe, zeby wejsc do klubu, na hotel i taksowke. Do tej pory bylam swiecie przekonana, ze moj "opiekun" jest wlascicielem klubow, a nie sutenerem. Nigdy nic nie wiadomo... Musialam wiec miec, jak latwo policzyc, 250€ dziennie, zeby zaczac pracowac dla siebie. Przeliczajac na klientow musialabym zrobic pieciu. Niemozliwe dla dziewczyny, ktora dopiero zaczyna, a w dodatku zna tylko angielski. Jednak Dobre Anioly nade mna nadal czuwaly. Na drugi dzien przyjechala Patti (oczywiscie wszystkie imiona i pseudonimy sa nieprawdziwe), tez Polka. To wlasnie ona uswiadomila mnie i dala pierwsze wskazowki. Patti pracuje dwa lata, wiec niejedno juz widziala. Po krotkiej naradzie postanowilysmy wiac od naszych sutenerow gdzie pieprz rosnie. (Przypuszczam, ze wszystkie, albo prawie wszystkie dziewczyny w fkk we Frankfurcie maja "opiekunow") Nastepnego dnia, o piatej rano bylysmy juz w pociagu. Na dzis to tyle opowiesci dziwnej tresci, ciag dalszy nastapi...
poniedziałek, 13 czerwca 2005
Najtrudniejszy pierwszy krok
Zycie w burdelu tylko jednym rozni sie od zycia w wiezieniu. Z wiezienia chcesz wyjsc, a nie mozesz, a z burdelu mozesz, a nie chcesz. Cala reszta jest w zasadzie podobna. Wlocze sie po tych niemieckich puffach w poszukiwaniu idealnego miejsca, a przeciez idealy nie istnieja. Albo szefostwo do dupy, albo dziewczyny robia za duzo stresu, albo za malo kasy. No, ale idealow, jak juz wczesniej powiedzialam, nie ma. Wiec chyba przyjdzie mi sie tak wloczyc do konca mojej chwalebnej i wciaz rozwijajacej sie kariery. Albo znajde burdel moich marzen... Poczatki mojego obecnego zycia zawodowego nie byly zachecajace. Pomysl wyszedl od mojego bylego juz przyjaciela. Pewnej upojnej nocy powiedzial "ze bylaby ze mnie niezla dziwka". Uzyl okreslenia bardziej dosadnego, ale nie wypada tu cytowac go doslownie. Pomyslalam, przemyslalam i uznalam pomysl za wart realizacji, zwazywszy, ze moja sytuacja materlialna ciekawie nie wygladala, a na poprawe sie nie zanosilo. No i tu zaczely sie schody. Jak znalezc dobre miejsce, najlepiej nie w kraju? Jako zupelnie zielona w tej kwestii postanowilam zdac sie na mojego "przyjaciela", ktory mial kilku znajomych tu i owdzie. Pewnej niedzieli wpadl do mojego skromnego mieszkanka i gromko krzyknal, zebym pakowala walizki, bo wieczorem wyjezdzam do Reichu. Spakowalam. Wizja, ktora roztaczal przede mna uroczy mlody czlowiek podczas jazdy samochodem, i potem na miejscu, rodem z bajki o Kopciuszku chyba byla. Ale rzeczywistosc tak kolorowa sie nie okazala. Tu pojawi sie pierwsze ostrzezenie dla dziewczyn, ktore zamierzaja rozpoczac ciekawe i burzliwe zycie ladacznicy: nigdy, ale to przenigdy nie pozwalajcie zadnemu facetowi mieszac sie do waszej pracy. Z reguly to nie wy bedziecie zarabiac kase, ale on. Lajf is brutal, moje mile. W Niemczech zamieszkalam w domu mojego przemilego kierowcy, ktory obiecal, ze po tygodniu "aklimatyzacji" zaczne pracowac. Nie zaczelam. Za to rozplywalam sie w luksusie i blogiej bezczynnosci. Po dwoch tygodniach takich wakacji zaczelam sie troche niepokoic, w koncu nie na urlop tu przyjechalam, tylko zarabiac pieniadze. Zaczelam wiec delikatnie naciskac. Po tygodniu takich naciskow nareszcie doczekalam sie wyjazdu. Do Frankfurtu. Rzecz jasna, moj przemily gospodarz zarzadal dzialki dla siebie. Nieduzo, tylko 150€ dziennie. Inni sutenerzy zaczynaja od 200€, no ale ja mialam szczescie, trafilam na poczatkujacego, podobnie jak ja. Ale to juz opowiesc na kolejny wpis.
sobota, 11 czerwca 2005
Kilka slow o sobie...
Jestem prostytutka, jak zreszta sugeruje sam tytul bloga. Postanowilam zaczac opisywac moje "przygody" z kilku powodow. Po pierwsze ku przestrodze dla innych dziewczyn, ktore zamierzaja zasilic liczne szeregi cor Koryntu. Poczatki mojej kariery nie byly bowiem rozowe, podobnie jak sporej czesci "pan lekkich obyczajow". Na poczatku szczegolnie latwo wdepnac w gowno zwane alfonsem, tudziez sutenerem. Za mna do tej pory ciagnie sie jego smrod. Po drugie jest to naprawde ciekawy i barwny zawod, wart przyblizenia szerszemu gronu. Inne powody wyjda w praniu. |